Spełnione marzenia!
sobota, 18 lipca 2015 23:39

Rzadko jeżdżę w te same miejsca dwa razy, wychodząc z założenia, że jest na świecie tyle pięknych zakątków, że na wszystko albo mi zabraknie czasu, albo sponsora.

 

 

 

Jednak Stany Zjednoczone, po długich oporach, przekonały mnie do siebie już 5 lat temu podczas pierwszej wycieczki i wiedziałam, że jeśli pojawi się jeszcze okazja na ponowny wyjazd, to z niej skorzystam. Okazja pojawiła się w zeszłym roku i pomna widoków z pierwszej wizyty, Los Angeles musiało obowiązkowo znowu znaleźć się na naszej mapie. Powód – poza tymi oczywistymi, jak pogoda, plaże i klimat – bardzo prozaiczny, oczywiście fantastyczne lotnisko.

 

Los Angeles to największy port lotniczy na zachodnim wybrzeżu USA i piąte lotnisko co do wielkości na świecie. Obsługuje ponad 61 milionów pasażerów i ponad 2 miliony ton cargo rocznie. Leży bardzo blisko oceanu, co często skutkuje dosyć nietypową mglistą pogodą jak na Kalifornię. Posiada tylko 2 drogi startowe, co jest dobrą wieścią dla spotterów, gdyż trudniej jest przegapić ciekawe maszyny. A tych jest sporo. Niespotykane w Europie linie lotnicze i całe mnóstwo szerokokadłubowców z każdego zakątka świata czynią to lotnisko naprawdę interesującym. Jest też kilka ciekawych miejscówek, które są łatwo dostępne nawet dla osób bez samochodu – w tym wręcz kultowa już - przy hamburgerowni In'n'Out, gdzie samoloty przelatują nisko nad głową na podejściu do lądowania.

 

 

Część tych miejscówek oczywiście odwiedziłam i tym razem, ciesząc oko i duszę pięknymi obrazkami, ale jeszcze przed wyjazdem w głowie miałam plan, by spełnić swoje kolejne marzenie. Lotnicze galerie pełne są świetnych zdjęć robionych z powietrza, właśnie w Los Angeles. Przed wyjazdem zrobiłam mały research i dostałam namiary na sprawdzoną firmę, która specjalizuje się w lotach widokowych, a także realizuje loty spotterskie nad lotniskiem. Nawet się nie spodziewałam, że załatwienie tego może być tak proste.. dużo większym problem był wybór dnia i godziny lotu. Po długich namysłach i ponownych pytaniach do tych, którzy już z tej opcji korzystali, zdecydowałam się na porę, kiedy to powinno lądować jak najwięcej grubasków, ciekawych linii, no i światło powinno być też korzystne. Mając do dyspozycji "tylko" godzinę lotu, to wcale nie jest takie łatwe zadanie. Napisałam maila do firmy i niemal od razu dostałam potwierdzenie od mojego przyszłego pilota. Już wtedy widziałam, że to profesjonaliści – trzeba było podać między innymi swoją wagę, by dobrać odpowiednią maszynę i pilota J Dostałam też wszystkie niezbędne wskazówki co do dojazdu, kwestii logistycznych itd.

 

 

Pamiętnego dnia 28 czerwca pojawiam się na lokalnym lotnisku pod LAX – nie bez przygód, bo taksówkarz się zgubił i podwiózł mnie pod złe wejście. Nie ma jednak tego złego, bo przemiły ochroniarz przewiózł mnie meleksem przez całe lotnisko, więc miałam fajne widoczki; jak się okazało, jego rodzina pochodziła z Polski. Trafiam w końcu do biura i witam się z moim pilotem – Paulem. Zaraz potem witam się z naszą bryką – to Robinson R22 Beta II, mała pestka na zaledwie dwie osoby. Tak mała, że plecak muszę schować pod siedzeniem, bo nigdzie indziej już nie ma miejsca. Wsiadamy do środka, po drodze przekładam zapasowe akumulatory, by przypadkiem któryś mi nie wypadł z kieszeni na samoloty pod nami. Siedzę z lewej strony i cóż... nie mam drzwi nie ma więc obawy, że wyjdą słabe zdjęcia, natomiast ja zaczynam mieć obawy, czy przypięta zaledwie jednym pasem, wiem co robię. Zwłaszcza, gdy nasza pestka rusza w górę i niemal natychmiast zaczyna się mocno bujać na silnym wietrze. To mój pierwszy lot helikopterem, więc zupełnie nie wiem czego się spodziewać. Jednak już po kilku minutach oswajam się na tyle, iż lecę z jedną nogą na zewnątrz. Dolatujemy nad LAX i widok zapiera mi dech w piersiach. Lotnisko jest duże, owszem, ale większe wrażenie robi ilość widocznych samolotów, wszelkiej maści. Paul jeszcze raz ustala ze mną moje preferencje co do kadrów, widać że ma duże doświadczenie w tego typu lotach, ale jestem tak oszołomiona widokami, że się tylko śmieje. Ustawia się naszą pestką mniej więcej po środku lotniska, pomiędzy dwiema drogami startowymi i w połowie ich długości i już po chwili pokazuje mi palcem pierwszego grubaska podchodzącego do lądowania. Za chwilę kolejne, przelatujące na naszej wysokości, a pod nami też nikt się nie nudzi, kolejne maszyny już kołują do startu. Widać ich obsługę na płycie. Widać cargo. Widać, jak podchodzą do lądowania na tle lotniskowych parkingów, gdzie same wyglądają jakby szukały wolnego miejsca. Widać ich starty na tle plaży i oceanu. Tak, godzina takiej zabawy to zdecydowanie za mało. Fotografuję jak nakręcona, ciesząc się, że jednak moje 300mm to nie jest tak mało. Po godzinie Paul stwierdza, że mamy jeszcze trochę paliwa i pyta, czy chcę to wykorzystać do oporu. Mam więc jeszcze 15 minut, by złapać kolejne rodzynki i chłonąć to doświadczenie całą sobą. Nim wylądowaliśmy, już wiedziałam, że choćby nie wiem co, jeśli tylko znowu pojawię się w USA, powtórzę taki lot. Nic nie smakuje lepiej, niż spełnione marzenie.

 

 

Anna Kucharz

 

 

 



Add this to your website